niedziela, 27 listopada 2016

niedzielny post


Pomiędzy mną a światem nastąpił rozejm. 
Dlatego jest mnie tutaj mniej. Właściwie praktycznie nie ma mnie tutaj wcale.


Ale... Nadmorski Chłopczyk znów może wychodzić na spacery :D 
Po zamknięciu z czasów ciąży, po czasie w szpitalu, po zamknięciu na czas leczenia - wreszcie odzyskaliśmy wolność i niezależność. 
Zwyczajnie wkładam Małego do spacerówki i... idziemy przed siebie. Jest mi z tym wspaniale. Mój Maleńki wreszcie może oglądać świat nie tylko przez szyby naszego mieszkania. 
Do tego pakujemy wózek do auta... i jesteśmy w Ustce. Przemierzamy plażę niespiesznie. Tłoczymy się na molo. Podglądamy innych. Podglądamy mewy. Wdychamy jod ze spienionych, niespokojnych fal. 


Do tego... moja sprawa już jest na finiszu. Dziewczyna się przyznała do oszustwa, ja już prawie odzyskałam spokój. Jeszcze tylko dostanę papiery potwierdzające informacje z komendy na piśmie z prokuratury i sądu, a zapomnę o wszystkim.
Najpierw było mi strasznie, bo przecież to znajoma. Bo jej pomagałam. Bo przegadałyśmy niejedną przerwę w pracy. A ona mi taki numer wywinęła. 
Ale ostatecznie... już po wszystkim. Odzyskam moje dobre imię. Moi rodzice przestaną się martwić, obawiać wizyt listonosza. I będę mogła zwyczajnie pojechać na koniec świata, a nie na przesłuchanie, rozprawę czy coś równie obrzydliwego. 

W związku z dobrem, które dokoła - robię tysiące rzeczy.
Mój największy, najważniejszy, sekretny projekt powoli wchodzi w etap wdrażania - powinnam na styczeń wyrobić się ze wszystkim, a wierzcie mi, sporo jest rzeczy do zgrania. 
Do tego coraz bliżej święta - czuję już zapach cynamonu i pomarańczy. Ze względu na Nadmorskiego te Święta będą przez nas wyjątkowo radośnie obchodzone. Mieszkanie już się dekoruje. Plan pierniczenia przygotowany. Rozpiska prezentowa też gotowa. 

Czuję tę harmonię, której tak brakowało przez ostatnie miesiące. Cieszą mnie najmniejsze nawet zdarzenia i sprawy. Mój świat znów kołysze się na wietrznej huśtawce. Tornado za nami. 

W tym wszystkim Nadmorski rośnie :) Prześlicznie rośnie. I prześmiesznie. Robi się coraz bardziej samodzielny. Ma już 7 ząbków, czym szokuje wszystkich. Wcina obiady jak szalony, nie przepada za owocami. Chce sam chodzić/podnosić się (ale siadać jakoś nie). Upodobał sobie kable i kapcie - jeśli coś pojawi się w zasięgu jego wzroku - pół minuty później ulega konsumpcji. 
Czas z Nim jest magiczny. Każdy dzień.



 Tyle wieści z 4 piętra.
Trzymajcie się ciepło
-g. 
 

środa, 16 listopada 2016


Dziś właśnie samotność wgryza się w mój umysł. Ta samotność, którą ukoić mogłoby przytulenie. Słowo, napisane/powiedziane w przelocie. Tylko jakoś... nikogo tu nie ma. 

S. w pracy. W eterze cisza. Nadmorski Chłopczyk drzemie, zgorączkowany. Wyniki odbieramy za godzinę. Szaleję ze strachu. 

A dokoła taka pustynia...

piątek, 28 października 2016

ciężki


Nie mogę znaleźć sobie miejsca.

Leczenie w domu Nadmorskiego przebiega chyba dobrze (okaże się po poniedziałkowych badaniach). 

Ale żeby było radośniej - znów wyskoczyła sprawa z tym, że ktoś się pode mnie podszył... Ruszyła w najgorszym możliwym terminie, bo teraz powinniśmy skupić się na diagnostyce Małego, a nie jeżdżeniu na koniec świata, szlajaniu po sądach i tym wszystkim innym. 

Jest też we mnie strach, że to wszystko obróci się przeciwko mnie. Że sprawa rozwiąże się na moją niekorzyść. Mam już koszmary senne. 

***

Tymczasem Nadmorski pomrukuje w drzemce. Tulę się do Niego. Jest moim Cudem. 
Dla Niego powinnam być silniejsza. Dla Niego muszę jakoś ten czas przetrwać. 

Trzymajcie się ciepło
-g. 
 

sobota, 22 października 2016


Wzięłabym to na siebie. To wszystko.
Żeby On był zdrowy.

 

wtorek, 18 października 2016

w międzyczasie


Kiedy odbieraliśmy wyniki badań Małego drżały mi nogi. Znów... 

I znów okazało się, że nie jest tak, jak być powinno. Tyle, że teraz odbędzie się bez długotrwałego leżenia w szpitalu, ale kolejny raz Nadmorski będzie musiał przejść antybiotykoterapię. W szpitalu zrobimy najważniejsze badanie, takie z podaniem kontrastu i wieloma zdjęciami rentgenowskimi. 
A wszystko po to, żeby zapobiec nawrotom choroby i oszczędzić nerki. 

To czarny i najbardziej prawdopodobny scenariusz (wnioski z badań wstępnych). Dziś oddaliśmy próbki na posiew. 
Do czwartku spróbuję nie osiwieć. 

***

Ma to jednak swoje dobre strony.

Z podwójną mocą dotarło do mnie, jak bardzo przepadam za naszą codzienną rutyną. Za tym, że poranki udaje nam się przeciągać do godziny 10, bo Nadmorski, jak Jego tata, jest śpiochem. Za tym, że później mamy czas na spacer. A koło 13.30 Młody je swoje warzywka, szczotkujemy dolne jedynki. I że dalej... każdy dzień wygląda inaczej, choć jest podobny. Aż do 20.00, kiedy to Mały szaleje w kąpieli, zalewając naszą kuchnię totalnie. I kiedy wreszcie zaśnie, a ja mam czas przytulić się do mojego S., spoglądamy na tę śpiącą buzię z wdzięcznością, zachwytem i miłością. 


Nadmorski jest idealnym dopełnieniem naszego związku. Wtłoczył nasze życie na nowe tory. I choćby nie wiem co - damy sobie radę. Z Nim. I dla Niego. I z całym światem.

Dobrego dnia
-g.

czwartek, 13 października 2016

struś pędziwiatr


czekam na S. 
przywiezie dzisiejsze wyniki Małego.
powinno być dobrze (żadnych dni z gorączką, stanami podgorączkowymi i brakiem apetytu)
ale... i tak cholernie się boję powtórki

Tymczasem dom wysprzątany na błysk, Nadmorski śpi po swoim obiadku marchewkowym - od wczoraj rozszerzamy dietę - prześmieszne widoki ;) 
Mam więc chwilę dla siebie, więc... znikam czytać, bo to ostatnio rarytas :)


Dobrego dnia
-g.

wtorek, 11 października 2016

6850g Szczęścia


Dlaczego w granatowie ostatnio pisze się rzadziej...? 

Pozwolicie, że nie odpowiem. 

Za oknem szarość miesza się z głęboką zielenią. Taka jesień-niejesień. Wiatr przeczesuje trawniki, niosąc porzucone reklamówki w siną dal. Chłonę te obrazy. Tę wilgoć zza okna. Liczę krople rozbijające się o parapet. I wieczory ze świecami liczę. Jest mi przytulnie. I miło. I ciepło. W najgrubszym swetrze z podobno modnym splotem. Zrobiłam już zapasy anyżu i cynamonu. Jestem gotowa na zimno. Wewnętrznie gotowa.

***

Za nami chrzciny. 2 października mój Maleńki dał niezły popis towarzyskiej ogłady - czuł się jak ryba w wodzie przechodząc z rąk do rąk, dając się obcałowywać wszystkim chętnym :) Dla mnie najfajniejsze było to, że jeszcze przed chrzcinami wszyscy pojawili się w naszym mikro-mieszkanku. Było gwarno i radośnie. Później msza, głośne "Inga", tuż przed polaniem głowy i mogliśmy pójść świętować do restauracyjki. Było doskonale. Mój Malutki dał radę. My okazaliśmy się świetnymi organizatorami. Ulga, jaka spłynęła na mnie, kiedy już wróciliśmy do domu i położyliśmy się do łóżka, była ogromna... 


5 dni później mieliśmy szczepienie. Młody nawet nie poczuł ukłucia, ale co najważniejsze: zważono go i zmierzono. I tak, moi Mili, Nadmorski to 6850g żywej wagi i... 70,5cm :D 
Mój długi do nieba Chłopczyk o niespokojnych jak tafla jeziora oczach :) Przytulaśny, całuśny, radosny (choć ostatnio marudny, bo idą zęby). Moje Szczęście wchodzące w rozmiar 68/74 :) 

***

Poniedziałki, wtorki, środy, czwartki, potem piątki i soboty, i niedziele. Dni zlewają się coraz bardziej, poprzecinane terminami wizyt u lekarza, czyimiś urodzinami, cięższymi i lżejszymi nocami. Przestajemy spoglądać na kalendarz. Dawno temu porzuciliśmy zegarki. Nic u nas nie jest na czas, choć wszystko dzieje się wtedy, kiedy dziać się powinno. Życie wciągnęło nas tak bardzo. Życie prawdziwe. Nie to wyśnione, wyidealizowane, ale prawdziwe, z masą problemów, ale cholernie i niepoprawnie szczęśliwe to życie. Nasze. W skali makro nawet byście nas nie zauważyli, ale nasz mikrokosmos pęcznieje uśmiechami, gwarem i piskiem, który brzmi mi ostatnio lepiej niż What a wonderful word. Jest w tym wszystkim coraz więcej dojrzałości. Tej dojrzałości, która nie załamuje rąk, bo coś nie poszło tak, jak pójść miało. Nie rozmienia się na drobne, bo zaliczyliśmy kolejne niedopatrzenie. Ale tej dojrzałości, która każe strącić kurz z ramion i pójść dalej, zrobić kolejny krok. Zatrzymać się w pół, spojrzeć za siebie i pokiwać głową z uznaniem, bo przecież mamy to, czego pragnęliśmy... I iść dalej.
Kocham nasze życie. Po prostu.

***

Tymczasem trzeba tu wrzucić coś muzycznego - a okazja wyśmienita - Czesiek znów zaśpiewał i to, z moim i Nadmorskiego ulubionym, Arturem Andrusem. Kto nie zna, niech posłucha, bo warto ;)


 

Tyle dobrego na dziś. Trzymajcie się ciepło
-g.